statystyka
Kategorie: Wszystkie | and observation | ból głowy | notatki
RSS
czwartek, 29 kwietnia 2010
Mata Hari

Resztę dnia Kobieta spędziła na odwiedzaniu znajomych miejsc w Mińsku. Zanim jednak udała się na sentymentalny spacer postanowiła zostawić bagaż w przechowalni na dworcu.

Znowu zeszła do metra. Tym razem  nie jechała do centrum, więc tłum na po tej stronie peronu nie był przerażający. Wsiadła spokojnie do wagonu i nawet znalazła miejsce siedzące. Naprzeciwko niej siedziało pięć osób. Wszystkie jednakowo smutne. Jednakowo zmęczone i jednakowo zrezygnowane.  Metro to dla Kobiety przegląd nastrojów społecznych, taki barometr. To też coś więcej. Nieprasująca odkąd pamięta uwielbiała metro. Do końca życia będzie jej się kojarzyło ze wschodem. Może dlatego, że pierwszy raz w życiu zeszła do niego w Kijowie, przy dworcu kolejowym. Największe wrażenie zrobiła na niej jego głębokość. Schody w dół, które wydawały się nie mieć końca. Potem zaczęła jeździć po całej Europie i przestała tak bardzo się dziwić. Ale do dziś  pozostał w niej jakiś swoiście nabożny stosunek do tego środka transportu. Sentyment pomieszany z uznaniem. Wejście do metra to zawsze małe święto.

Skończyła świętować i labiryntem tuneli i przejść podziemnych trafiła na dworzec. Miejsca, które tego dnia stało się dla niej centrum świata. Krążyła wokół niego jak satelita. Nie chciała się od niego uwolnić. Nigdy tak nie było. Zawsze wysiadała, biegła do miasta, żyła i dopiero dzień, dwa przed powrotem do Polski przypominała sobie, że istnieje takie miejsce jak dworzec. Może intensywność więzi jest odwrotnie proporcjonalna do długości pobytu.

W każdym razie Kobieta zaczęła się dzielnie rozglądać za przechowalnią bagażu. Najpierw zlokalizowała upragnioną toaletę. Zapłaciła 800 rubli i weszła do wielkiej hali. Wdarła się do pierwszej toalety i jęła zmieniać odzież. Bo Nieprasująca zapomniała dodać, że była odziana jak na Sybir. Tylko jej uszanki brakowało. Musiała się przebrać i zrzucić z siebie 10 kilo ubrań, żeby choć trochę przypominać tubylca. Do tego miała nowe buty i jak to bywa z nowym obuwiem, obcierało jak diabli. Nic to! Kobieta przeliczyła ilość plastrów, doszła do wniosku, że do Polski powinno starczyć, a w Warszawie nie będzie dużo łazić, więc przeżyje. Przepakowała się z torby do torby, zabrała ze sobą dokumentację tajną /łamane/przez/poufną, rzuciła na twarz trochę pudru, podmalowała oko i pełna optymizmu ruszyła.

Jako doświadczona Mata Hari wybrała automatyczną kamerę chranienia  (dla nie wtajemniczonych przechowalnię bagażu). Stanęła w kolejce, wykupiła „jaczejkę na sutki” (schowek na dobę) za oszałamiającą kwotę 850 rubli, dostała dwa żetony i rzuciła się chować swój bagaż. W drodze do skrytki zobaczyła, że dwa żetony to stare 15 kopiejki z wybitym SSSR . Rozczulenie ją ogarnęło jakby sama żyła w czasach Związku Radzieckiego. Prawda, żyła 10 lat, ale raz, że w państwie bloku, dwa, że nie była  obywatelem ZSRR, trzy na wschód zaczęła jeździć dopiero w 1998 roku. Co nie przeszkodziło jej poczuć ciepła na sercu. Pomyślała, że wykupi jeszcze raz schowek dla samych tych kopiejek. I będzie miała na pamiątkę. Tak myśląc o kopiejkach doszła do schowka, który wybrała. Stanęła przed wielką metalową szafą podzieloną na 60 mniejszych szafek  (prawie jak na pływalni),  wpakowała swoją torbę i zaczęła szukać wzrokiem instrukcji.  Znalazła. Pismo techniczne wyryte gwoździem na metalowej tabliczce. Rozszyfrowała treść i zabrała się do roboty.

  1. Włożyć rzeczy  - zrobiła
  2. Wybrać osobisty szyfr, składający się z litery i trzech cyfr, zapamiętać go i wprowadzić za pomocą pokrętła w drzwiach - wybrała, zapamiętała.
  3. Wrzucić otrzymane 15 kopiejek  i zamknąć drzwiczki- wrzuciła, zamknęła
  4. Sprawdzić czy zamknięte.

Proste? Jak drut! Zamknęła, sprawdziła czy trzyma i pobiegła do miasta.

W holu Nieprasująca zorientowała się, że w torbie, którą właśnie zamknęła na trzy spusty zostawiła portfel z całą gotówką. Przeszukała kieszenie, żadnego rubla. Zaczęła intensywnie myśleć co zrobić? Przytomnie miała kartę do bankomatu przy sobie. Pobrała gotówkę i wróciła do przechowalni. Po drodze olśniło ją jaka jest durna. Zamiast zatrzymać jedną z dwóch monet, wrzuciła obie do szafki!!!! Bezmózg totalny. Wykupiła kolejną dobę, dostała dwa żetony i poszła odzyskiwać portfel.  Gwoździem napisane było:

  1. Żeby odzyskać rzeczy, należy wprowadzić swój  szyfr, wrzucić monety, odczekać 2-3 sekundy i otworzyć drzwiczki.

Tak zrobiła i…. i nic. Raz, drugi, trzeci. W końcu poprosiła Panią z obsługi o pomoc. Kobieta w średnim wieku podeszła i zapytała o dowód wpłaty. Dobrze, że Nieprasująca jeszcze raz wykupiła schowek, bo dowód za poprzedni raz leżął uwięziony w portfelu. Potem podeszły razem o szafki i Pani zapytała o szyfr. Nieprasująca podała zgodnie z prawdą:

- A siem, siem, siem (A777).  Pani wprowadziła i nic. Drzwi trzymały. Pani zapytała ponownie

- Wy wwieli szyfr wnutri? (czy wprowadziła Pani szyfr wewnątrz? )

–  Da, kanieszna,  (Tak, oczywiście;  ) – zeznała Nieprasująca

-  Szyfr  wnutri wy wieli? A kakoj?  – dalej w zaparte pani z obsługi;

- A siem, siem, siem  (A777 ) – zełgała Nieprasująca, bo  w głowie zaczynało jej coś majaczyć, że źle przeczytała. Zrobiła zeza na instrukcję, tak,  żeby Pani nie zorientowała się w kłamstwie Kobiety.

- Wy uwierieny?  (jest pani pewna)

- Da – Nieprasująca pokiwała przecząco głową.

Pani wzięła jakiś wichajster, pomajstrowała nim przy zamku, w hali rozległ się przerażająco głośny dzwonek i wszyscy zaczęli przyglądać się Kobiecie. W tym huku przepytano Nieprasującą na okoliczność zawartości torby. Kobieta wyznała: szary sweter, czerwony portfel, parasol w żółte kwiaty, książka, bielizna, kosmetyczka w niebieską kratkę.  Pani zgodziła się zawartość z opisem i na koniec Kobieta odzyskała swoją torbę. Taka  z niej Mata Hari.

Hala przechowalni bagażu od tego czasu jest obowiązkowym miejscem zwiedzania.

A Nieprasująca mogła sobie trzymać torbę w skrytce przez kolejne 3 doby ....

12:41, kobieta_nieprasujaca , notatki
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 kwietnia 2010
kolaż

Nieprasująca wysiadła na „warszawskim boku” dworca kolejowego Mińsk Pasażerski. Ser wysiadł z nią. Czekał na niego dziadek weteran. Kobieta, zanim zniknęła w otchłani miasta widziała jeszcze tylko jak torba z nabiałem spoczęła w rękach jubilata i ser na zawsze zniknął z jej życia.

Mińsk o 8 rano jest bardzo przyjemny. Jeszcze ruch na dobre się nie zaczął, a pierwsza fala ludzi śpieszących się do pracy i szkoły odpłynęła w stronę swoich biurek. Słońce, czyste niebo, chłodny przyjemy wiatr i Nieprasująca w płaszczu zimowym, bo przecież na wschodzie jest zimno. Pół dnia pluła sobie w brodę, że jednak nie wzięła wiosennej kurteczki. Przynajmniej pasowałaby do reszty mińszczan. A tak przypominała kogoś komu pomyliły się pory roku.  Zanim kupiła w kasach międzynarodowych, które mieszczą się w oddzielnym budynku, za 39 tysięcy rubli białoruskich miejscówkę na pociąg do Warszawy, musiała odstać swoje w kantorze. Swoją drogą, kantor to bardzo ciekawa instytucja na Białorusi. To małe kioski, przypominające nasze budki z kwiatami, tyle, że jakieś trzy razy mniejsze, zasłonięte ze wszystkich stron aluminiowymi, cienkimi żaluzjami i obite blachą z każdej strony. Z zewnątrz przypominają prowizoryczne bunkry, albo kasy pancerne, z  których co chwilę wychodzą ludzie. Obsługa to z reguły kobiety. Pani siedzi wewnątrz takiej budki, jest ledwo widoczna zza mini kontuaru , a od reszty świata dzieli ją szyba.  Być może jest nawet  kuloodporna, ale na pewno dźwiękoszczelna. Kasjerki zawsze są paniami sytuacji. One dyktują warunki. One wiedzą jaki jest kurs i one drukują potwierdzenia. One dotykają dewiz, i  przede wszystkim one decydują o godzinach otwarcia i zarządzają przerwy. I tak właśnie Nieprasująca utknęła przed kantorem na 15 minut. W ciągu tego kwadransa zdążyła poczuć, że nie jest stąd. Inny język, inny dreskod, inne dodatki. Była za bardzo awangardowa ze swoimi botkami i jeansami wpuszczonymi w cholewki i apaszką w ludyczne kwiaty, a reszty dopełniły (za) krótkie włosy Kobiety. Takie apaszki, które na zachód od Buga robią karierę, w Mińsku noszą tylko i wyłącznie babuszki sprzątające ulice, albo kobieciny na targu. Tak więc Nieprasująca objawiła się Mińskowi jako kolaż kowboja i przekupy ze stadionu Dynama.

Gdy była już szczęśliwą posiadaczką tysięcy rubli i miejscówki pognała w teren. W całym swoim zażenowaniu niepasowania przegapiła zejście do Metra na Placu Lenina. Następne jest dobry kilometr dalej. Przeczłapała więc przez Prospekt Skaryny, co to się teraz zwie Niezależności czy jakoś tak, i podziwiała. Pierwszy raz zobaczyła efekty kryzysu. Z głównej ulicy miasta zniknęło kilka ekskluzywnych – jak na Mińsk – butików. W sumie może było ich kilkanaście. Nie ma też jadłodajni Kristal (chyba tak się nazywała), w każdym razie baru, w który działał na zasadzie wolnego bufetu, jak prawie wszystkie stołówki na zachodzie. Ostały się jeno sklepy państwowe. „Łakomka”  - wielki sklep z cukierkami, tortami bezowymi, czekoladą i innymi słodyczami; ichnia cepelia, księgarnia Centralna, GUM, Milavitsa – salony bielizny made in Belarus i nieśmiertelny McDonalds. Smutno jakoś się Kobiecie zrobiło. Potem weszła do metra. Zaskoczył ją tłum. Może nie sam tłum, ale jego zestawienie z pustką na powierzchni. Kupiła różowy żeton i została wepchnięta do wagonu. Tam to dopiero poczuła, że nie pasuje.

Po czterech godzinach załatwiania spraw służbowych okazało się, że jest wolna i  z resztą dnia może zrobić co zechce. No i zrobiła….

23:12, kobieta_nieprasujaca , notatki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 kwietnia 2010
pani z serem

Podróżować do Mińska można na dwa sposoby. Samolotem albo pociągiem. I żeby nikomu nie przyszło do głowy, że któryś z tych sposobów jest wygodniejszy, albo nie daj Boże szybszy.  (Mowa o połączeniach każdych innych od połączeń ze stolicy. Tam wiadomo zawsze ciut lepiej).

Pociągiem z metropolii Kobiety do stolicy naszego sąsiada zza Bugu jedzie się 16 godzin z 1,5 godzinną przerwą w stolicy, a leci się 10 godzin, z 6 godzinną przeznaczoną na międzylądowanie w stolicy. Nie ma więc większego sensu zrywać się o 6 rano, betonić na Okęciu 6 godzin. A dostanie się do centrum Mińska z lotniska, które jest oddalone od niego 42 kilometry, zajmuje godzinę i też nie jest łatwe. Tak więc dużo zachodu mało komfortu.

Ze względu na wzgląd i okoliczności przyrody Kobieta wyruszyła w podróż do Mińska pociągiem. Dzień wyjazdu był kuriozalny pod względem tzw. „rzeczy do załatwienia przed wyjazdem”. Mama w szpitalu, dowieźć ręcznik i tysiąc potrzebnych rzeczy, spotkać się z ojcem, w pracy wydać dyspozycje i załagodzić nieprzyjemną sytuację, tak, żeby było do czego wracać. Zakupy zrobić, walutę pobrać, wykonać 15 telefonów. Wysoce zorganizowaną istotą Kobieta jest, więc jeszcze przed odjazdem pociągu zdążyła nabyć buty. Niemałe zasługi w tych wyczynach ma Niezmywający, bez którego nie byłoby to tak proste. A przy okazji w przypływie tkliwości  Niezmywający sprezentował Kobiecie kolczyki z dworcowego sklepiku z pamiątkami. Wystrojona wsiadła Nieprasująca do pociągu i od progu została napadnięta przez znajomego.

Wysoce mało radośnie wyraziła zgodę na propozycję wspólnego podróżowania. Cóż, mało asertywna jest więc cierpi. 3 godziny gadania, trzy bite godziny politykowania, obgadywania znajomych, rodziny, pociotków i sąsiadów. Wysiadła Kobieta z głową kwadratową  i pobiegła do Złotych Tarasów na tak zwany „szoping”. Wszak trzeba było nabyć prezenty dla znajomych w Mińsku w postaci kawy, oliwy z oliwek, szamponu i kremu pod oczy. Kwadratowość głowy nabyta wcześniej przeszkadzała niemiłosiernie, a już najbardziej w podejmowaniu racjonalnych decyzji. Efektem czego był dodatkowy zakup dwóch podkładów w kremie, tuszu do rzęs, apaszki, skarpetek i torebki. Bóg raczy wiedzieć czym by się to radosne bieganie po sklepach skończyło, gdyby Kobieta miała 6 godzin a nie 1,5 godziny przerwy między pociągami. W końcu zmądrzała i udała się na peron.

Pociąg przyjechał punktualnie. Przed wejściem do wagonu przywitały ją panie w zimowych mundurach do kostek odziane w srogie miny. Po rosyjsku  obsztorcowały pasażerów pchających się i ustawiły kolejkę na swoje miejsce. Kobieta jak to zwykle, od 9 lat bywa dostaje górną półkę. Najpierw narzekała strasznie, a teraz się cieszy. Górna półka oznacza możliwość nie uczestniczenia w życiu towarzyskim przedziału a czasami nawet całego wagonu. Człowiek włazi na swoją grzędę i siedzi tam spokojnie, albo udaje, że śpi i nie musi jeść tego czym go częstują, nie musi pić i opowiadać o swoim życiu, bratać się i być podziwianym, że tak dobrze zna język. Nie musi opoiwadać o tym co ile kosztuje w jego kraju i rozgrzeszać swoich polityków. Nie musi bronić postu w piątki i picia herbaty bez ciastek i konfitury.

Tym razem Nieprasującej przyszło podróżować z małżeństwem nauczycieli  i studentką. Wszyscy byli z Mińska.  Z tym, że małżeństwo wysiadało w Brześciu, przed zmianą kół i wsiadało do tego samego pociągu po ich zmianie, oszczędzając w ten sposób 100 dolarów amerykańskich. Co na warunki białoruskie jest fortuną. Na nasze z resztą też to nie mało pieniędzy. Studentka była bardzo dziwna. Okazało się, że mieszka i studiuje w Czechach a do Mińska jedzie na urodziny dziadka, który jest weteranem wojny ojczyźnianej. W prezencie dziewczyna wiozła dziadkowi ser. Nie był to byle jaki ser. Ser czeski, specjalnie przeznaczony do grillowania. Dziewczyna była tak przejęta losem prezentu i jego wagą (w sensie dosłownym i metafizycznym), że pierwsza godzina podróży toczyła się tylko wokół tego sera.  Jego obecność zdominowała życie naszego przedziału. Do Siedlec  myśli wszystkich płynęły w stronę Hemerlina. Zarówno starszej pani z przedziału na lewo, która stojąc na korytarzu podsłuchała co się dzieje po sąsiedzku i pana z przedziału po prawej stronie, który zaczął dzielić się własnymi przemyśleniami na ten temat, chociaż nikt tego od niego nie oczekiwał. Na pomoc zostały wezwane dwie koleżanki małżeństwa, które zajmowały miejsca w przedziale na końcu wagonu. Wszyscy zebrali sie na dolnych półkach w przedziale Kobiety. Tylko ona jedna milczała na temat nabiału. Każdy ze zgromadzonych czuł się uprawniony do wygłoszenia opinii w kwestii najlepszego schowka dla pięciu opakowań sera. Lepiej na górze, lepiej na dole, lepiej włozyć pod siedzenie, można tyle wwieźć, nie można, płaci się karę, albo konfiskują zaraz w Brześciu, albo wyrywają w Mińsku na peronie. Każdy miał swoje zdanie. A ser rozlewał się po całym wagonie. W końcu zaalarmowana została prowadnica (pani konduktor), która rzeczowo i bezceremonialnie orzekła, że najlepiej serowi będzie u niej w przedziale. Tam jest takie miejsce, przy łączeniu wagonów, gdzie jest chłodno i ser się nie zaśmierdnie.  Dziewczyna nie chciała za Boga oddać torby z serem. W końcu, tóż przed Terespolem schowała go pod swoją poduszką i poszła spać. A trzy przedziały dalej żyły tym serem. Kobiecie ser nawet się przyślnił.

Tak absurdalnej podróży Nieprasująca dawno nie miała. Ciekawe co było w tym serze schowane.

17:36, kobieta_nieprasujaca , notatki
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 kwietnia 2010
znak

żyje, żyje. Wróciła z Mińska i łapie oddech, bo przez ostatnie dwa dni łapała jeno pociągi.

 

Idzie ku lepszemu na wiosnę.

12:34, kobieta_nieprasujaca , notatki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 kwietnia 2010
6 kwietnia - to ja

 

Kto urodził się dnia 6 kwietnia

Jest zwolennikiem nowych myśli i oryginalnych poglądów.

Jest to człowiek subtelny i delikatny, obdarzony dużymi zdolnościami artystycznymi.
Lubi piękne otoczenie, zbytek i życie wystawne. Dzięki swym niecodziennym zdolnościom może osiągnąć w życiu wybitne rezultaty - o ile, naturalnie, starczy mu siły woli na rozwinięcie swych talentów i uzdolnień.

Bowiem okazuje też silne zamiłowanie do zbytku i komfortu, a zamiast pracy wytrwałej - woli użycie i przyjemności.

Jego dewizą życiową jest „zawsze naprzód”. Jest on pionierem i kierownikiem pośród innych ludzi, każda myśl nowa budzi natychmiast jego sympatię. Szybko przyswaja sobie nowe ideje, dąży zawsze do postępu - w każdej dziedzinie - czy to w życiu praktycznym, czy też umysłowym lub w sztuce.

Najlepiej wiedzie mu się na polu pracy myślowej i teoretycznej, gdzie jego bystry, przenikliwy intelekt może znaleźć jak najlepsze zastosowanie. Karierę swą nieraz zawdzięcza przypadkowi.

Może być doskonałym kupcem lub przemysłowcem, który zdobywa coraz większy majątek; przedsiębiorcą zdobywającym się na poczynania samodzielne i niezwykle. A może również wyróżnić się jako żeglarz, marynarz, podróżnik, odkrywca - i nawet nazwisko swe przekazać potomności.

Lubi dzieci. Interesuje się żywo przeżyciami psychicznymi i rozwojem duchowym.

Wady. Często jest egoistyczny, zmysłowy, zbyt popędliwy lub pospieszny. Lubuje się w spekulacjach i hazardzie, a serce jego dąży do użycia, rozkoszy i bogactwa, które pragnąłby zdobyć dzięki szczęśliwym spekulacjom, co mu się zrzesztą nieraz udaje. Wszelako później nieraz może mu grozić niebezpieczeństwo utraty majątku na skutek wybryków lub ekstrawagancji.

Opis pochodzi z reprintu książki Jana Starży - Dzierżbickiego Pod jaką gwiazdą urodziłeś się - horoskopy na każdy dzień roku, Warszawa 1938 r. za: Astroportal

 

No wypisz wymaluj Nieprasująca w 1938 roku, jak w gębę strzelił.  :))

Szczególnie ten zbytek i życie wystawne. Lubi, lubi i nie raz, nie dwa o tym pisała, że upodobanie ma. Kariera to faktycznie przypadek (godny  pożałowania). Zawsze  naprzód?  No a po co do tyłu?  Ale reszta.... Wokulski to  z niej jak z koziej d.. skarpetki, przemysłowiec - no prawie się w Wiepofamie 31 lat temu urodziła. Hazard - jedynie Totolotek. A majątek to i owszem utraciła, tyle że pra-pra babcia, która przepiła z dziadkiem cały folwark! A też była z kwitenia :)))

09:28, kobieta_nieprasujaca , notatki
Link Komentarze (8) »
czwartek, 01 kwietnia 2010
warte polecenia

Ze względu na wzgląd i niemożność spania Nieprasująca plądruje internet. I natknęła się  na miejsce, które zaparło jej dech w piersiach (miseczka ce, gdyby ktoś pytał). Wracając. Jest taki blog Świat pod stopami i tam opisują tak wspaniałe rzeczy.

Dzięki tej parze zapaleńców Nieprasująca dzisiejszego wieczora była w Australii. Niesamowite! Polecam, jeśli mogę cokolwiek i komukolwiek polecić.

Dobra odskocznia na codzienność.

22:48, kobieta_nieprasujaca , notatki
Link Komentarze (2) »
okołoświątecznie

Zbliżają się święta, a Nieprasująca w ogóle ich nie czuje. Pewnie ta znieczulica to  wina szpitalnego widma, zamieszanie z wyjazdami własnymi  i wszystkich postronnych, i wrażenia ostatnich kilku tygodni. No bo jak inaczej rozumieć podejście „Cholerny lany poniedziałek. Gdyby  nie święta mogłabym pojechać wcześniej i wcześniej wrócić. Szlag!”. Świąteczne to ono nie jest.

W tym roku nie ma urwania głowy ze sprzątaniem, układaniem odświeżaniem. Nie ma awantury z  myciem okien, zmienianiem po trzykroć firanek i akrobacji na drabinie przy szorowaniu kloszy. Nie ma ustalania menu dla stuosobowej rodziny, którego efekty muszą zjeść zaledwie cztery  osoby i pies w ciągu trzech dni. Nie ma szaleństwa zakupów, przepychania się do półki z serem, kiełbasą, chrzanem i żurkiem. Nie ma czytania książek w czasie godzinnego  tkwienia w kolejce do kasy.

A co jest?

Jest strach, niepokój, nadzieja. Zgrzyty i napięcia, obrażanie się na siebie, bo czasami inaczej nie można okazać własnych emocji. Jest koszyczek do święconki, kurczak z cukru i chorągiewka, którą wbije się w barankowi z masła w tyłek. Jest napięcie i niewiadoma. To jest, a święta są obok.

Są trochę jak te dziecięce rysunki na asfalcie w parku.


Czasami takie święta też muszą przyjść.

16:03, kobieta_nieprasujaca , notatki
Link Komentarze (4) »